Nasza dola lub niedola ... list do przyjaciela
Drogi przyjacielu !.
Żyjąc z nimi i wśród nich od wieków zaadoptowaliśmy się do współpracy z ludźmi.
Jednak w miarę upływu czasu człowiek ewoluował, zdobywał nowe tereny, odkrywał nowe technologie, budował coraz większe i coraz gęściej budynki. Powstały miasteczka, miasta, aglomeracje miejskie, kominy zaczęły dymić a po ulicach zaczęły poruszać się ryczące i niebywale śmierdzące "konie" - zaś my... pozostaliśmy dalej niemal tymi samymi psami co dawniej. Lecz teraz zmieniły się zasady - już nie jesteśmy potrzebni, teraz tylko jesteśmy!. Oh, nie oburzaj się przyjacielu, Ty jako jeden z nielicznych masz szczęście być ratownikiem, lecz my - poprostu psy, pracujemy na przydomki typu: "ulubieńcy rodziny", "pupile", "ukochane zwierzątka", przestawiane z kąta w kąt, hodowane "bo dzieciaki chciały, to co było robić" siedzimy w betonowych budkach na przestrzeni 15m2 (bo reszta zamknięta, żebyśmy czegoś nie upaprali albo pogryźli). Wyprowadzają nas rano przed wyjściem i wieczorem przed "wiadomościami", bo przecież tyle muszą. Jak już wyprowadzą, to nawet pobiegać nie dadzą, bo albo czasu im brakuje albo żelazko włączone zostało albo jeszcze coś innego, a kiedy uda się wyrwać... choć na chwilkę z tej całej smyczy to od razu zaczynają nas wołać, pokrzykiwać a i nieraz się oberwało, ale wiesz co ? warto było choć chwilę wolności zakosztować. Dawniej, (pamiętam jak mi jakiś starszy kumplel opowiadał) pies i człowiek żyli razem, człowiek polował a my mu w tym pomagaliśmy i z każdego polowania część była nasza (zresztą słusznie bo zarobione), można było się wybiegać, poszaleć, a i mięska surowego skubnąć. A teraz.... na samą myśl o ugotowanej kości, aż mnie mdli - drogi przyjacielu. Wyobraź sobie, że kilka dni temu "mój" człowiek wrócił wcześniej z pracy i o dziwo zabrał mnie na spacerek. No chyba chory jest czy co? - tak sobie pomyślałem ale nic to, jak idziemy to idziemy, dwa razy nie trzeba mi powtarzać. Wyszliśmy, jakoś tak kurczę nieswojo się czułem bo smycz mi odpiął a i piłeczkę pierwszy raz od roku rzucił (w gruncie rzeczy nawet nie taki zły ten gość), poszalałem że hej!, później wróciliśmy do domu a On bez powodu, ot tak sobie pogłaskał mnie nawet (trochę się zjeżyłem, bom nie nawykły do takich czułości) i kość dał do przegryzienia. Tak mnie to gryzienie wyczerpało, że nawet brykać po domu mi się nie chciało, tylko w kimonko od razu uderzyłem. Dopiero później dowiedziałem się że mój człowiek poprzedniego dnia ślęczał przed tym całym telewizorem (jak zresztą codziennie) i oglądał jakiś program o psiej niedoli na "Animal Planet" czy jakoś tak, i chyba ruszyło go troszkę sumienie. Ale nie ciesz się zbytnio drogi przyjacielu, wszystko już wróciło do poprzedniego stanu: człowiek zapomniał o naszej niedoli, znów dwa razy dziennie na krótki spacerek i do domu na "gotowane" - fuj!, a od czasu do czasu - "po łbie" (żebym nie zapomniał kto tu rządzi).
Pozostała mi tylko nadzieja, że ten program to jeszcze kiedyś puszczą....
Twój oddany przyjaciel
Owczarek.
©Zbigniew Leniartek
|